O autorze
Wychowali się na jednym podwórku i od zawsze dzielili piłkarską pasję. Lewoskrzydłowy i napastnik. Rocznik 87 – ten sam co Messi i Fabregas – ale choć trenowali kiedyś pod okiem Leszka Ojrzyńskiego, wielkich karier nie zrobili... Łączą grecką żywiołowość (a czasem i lenistwo) ze słowiańską fantazją. Piszą często z przymrużeniem oka, czasem na poważnie. Nie zawsze do jednej bramki, ale zawsze o futbolu

Fergie, czas na zmiany!

101 Great Goals.com
Manchester United rozpoczynał sezon z etykietą jedynej ekipy zdolnej chwilami dobić do kosmicznego poziomu Realu i Barcelony. Kończy jako drużyna wymagająca gruntownej przebudowy.

Jakże rzadki był to kiedyś widok. Alex Ferguson nie krytykujący sędziego po porażce, nie węszący spisków, tylko grzecznie składający gratulacje zwycięskim rywalom, komplementujący przeciwną drużynę. W tym sezonie taki obrazek widzimy niezwykle często. Także w poniedziałek. Czy to znaczy, że „wiecznie żujący gumę” Alex na starość spokorniał? Gdzie tam. Po prostu kiedyś, ManU zwykło przegrywać o włos, po wyrównanych bitwach. Sromotne klęski zdarzały się incydentalnie, a jedyną drużyną zdolną odstawić Czerwone Diabły o klasę była Barcelona. W tym sezonie dołączyły do niej ekipy Bazylei, Bilbao i, co najbardziej bolesne, lokalny „hałaśliwy sąsiad” – Manchester City. Kto następny?

Manchester był czerwony, teraz będzie niebieski

Poniedziałkowe derby Manchesteru to kolejny w tym roku wieczór, o którym sympatycy Czerwonych Diabłów chcieliby zapomnieć. Odważymy się stwierdzić, że minimalna porażka na Etihad boli nie mniej niż październikowe lanie na Old Trafford. Z dwóch powodów. Jeden oczywisty –City na ostatniej prostej jest o krok bliżej tak upragnionego po latach posuchy mistrzostwa. Dla fanów ManU, przyzwyczajonych do szyderstw z lokalnego rywala to niemal koniec świata. Powód drugi – tamten mecz można było rozpatrywać w kategoriach fatalnego wypadku przy pracy, pechowej klęski. Do bramki na 0-2 było to wyrównane spotkanie. I nie trzeba wiele wyobraźni, by stwierdzić, że wypadki mogły się wtedy potoczyć inaczej. W poniedziałek nie mogły.


„The Citizens” byli lepsi od pierwszej do ostatniej minuty. Gdyby rozbić mecz na 9 dziecięciominutowych rund i po każdej przyznawać punkty jak w boksie, City wygraliby wszystkie. I to United powinni się cieszyć, że nie skończyło się ciężkim nokautem. W obronie gra drużyny Fergusona nie wyglądała najgorzej, głównie dzięki zagęszczeniu pola trzema środkowymi pomocnikami. Ale już ataki ManU wyglądały jak szarże kawalerii przeciwko czołgom – zazwyczaj brutalnie kasowane przed pierwszym wystrzałem. Sięgamy pamięcią wstecz, ale nie przypominamy sobie meczu, w którym Rooney i spółka nie oddali celnego strzału na bramkę przeciwnika. Siła, szybkość, kreatywność – to wszystko było po stronie drużyny Manciniego.

Nie mogło być inaczej. Spójrzmy szybko na skład ManU.

De Gea – zastanawiamy się, kto kupuje do Premiership bramkarza o tężyźnie fizycznej licealisty i umiejętności gry na przedpolu godnej Łukasza Fabiańskiego. Bramką na Etihad wszyscy obciążają Jonesa, ale my oddalibyśmy parę gramów hiszpańskiemu golkiperowi.
Giggs, Scholes – dalecy jesteśmy od wysyłania ich na piłkarską emeryturę. Ale na Boga, jak długo można na nich opierać drużynę? W poniedziałek Giggsa Zabaleta przykrył kapeluszem. Scholes nie zaliczył ani jednego kluczowego podania. Dział kreacji ManU potrzebuje nowych copywriterów. Pilnie.
Park – to bardzo fajnie, że dużo biega, ale czy wygrał kiedykolwiek mecz drużynie United? Jose Mourinho kiedyś trzeźwo zauważył, że piłka nożna nie polega na bieganiu, tylko na graniu w piłkę. Do wymiany.
Obrona? W okresie świetności duetu Vidić-Ferdinand „Diabły” traciły w sezonie około 20 bramek. W tym już 33. Pojawiają się plotki o Pepe – sami nie wiemy o co tym myśleć.

Ktoś powie „czepiacie się, mają jeszcze szansę na mistrzostwo – co to za kryzys?”
Tak ManU ma ciągle szanse na mistrzostwo Anglii. Ale ewentualny sukces zatrze tylko fakt, że poziom gry drużyny z Old Trafford się obniża. Trochę jak zeszłoroczny awans do finału Champions League. Zresztą co to za mistrz, który dwukrotnie sromotnie poległ z wicemistrzem? Ostatnim takim mistrzem Anglii był Blackburn Rovers w latach 90. Kibice Legii Warszawa na pewno pamiętają, że Europy to oni nie zawojowali.

Słówko o City. Kompany, Zabaleta, Richards, De Jong, Toure. Zastanawiamy się, czy to jeszcze Premiership, czy już NFL? Siła fizyczna linii defensywnej drużyny z Etihad po prostu przeraża. I patrzymy na tercet Aguero – Nasi – Silva. Każdy z nich to geniusz, każdy odnalazłby się spokojnie w Barcelonie. Oba te żywioły idealnie ze sobą współgrają. Wniosek? Mancini i jego arabscy sponsorzy stworzyli potwora. Coś jak połączenie Georga Foremana z Muhammadem Alim. Brutalna siła w obronie oraz polot i finezja w ataku. Trochę to trwało zanim monstrum ożyło, ale w końcu włoski trener może triumfalnie krzyknąć „It’s alive!!”. Strach się bać.

PS

Z dziennikarskiego obowiązku odnotujmy, że derby Manchesteru obserwował menadżer dubajskiego Al Wasl FC.


Pozdrawiamy,

Tomek Cirmirakis
Michał Polakowski
Trwa ładowanie komentarzy...